Fot. Paweł Murzyn
„Atma” szykuje się do remontu. Czeka ją nowoczesna aranżacja, z wykorzystaniem multimediów, planowana jest nowa instalacja oświetlenia zewnętrznego budynku, stylowa reklama i tablica informacyjna. Wejście do muzeum ma być przystosowane dla osób niepełnosprawnych, zaś ogród tak zrekonstruowany, by przypominał ten z czasów Karola Szymanowskiego. Czy te wszystkie zmiany, niektóre konieczne, przyznajmy, nie odbiorą jednak „Atmie” klimatu, tak bliskiego wszystkim stałym bywalcom? Projektodawcy remontu zapatrzyli się na warszawskie Muzeum Chopina?
Niewątpliwie wprowadzanie multimedialnego przekazu informacji, które w świecie pojawiło się kilka lat temu, a w Polsce największy sukces odniosło przy budowie Muzeum Powstania Warszawskiego, ma na celu zjednanie dla spraw muzealnych młodzieży, zafascynowanej nowoczesną techniką. Ale właśnie przykład Muzeum w Żelazowej Woli pokazuje, że można przy tym wylać dziecko z kąpielą, bo treści muzyczne muzeum nie przyciągną niezainteresowanej tą tematyką publiczności, a melomanów mogą odstraszyć. W przypadku „Atmy”, najcenniejszym obiektem muzealnym jest… sama „Atma”, drewniana, góralska chałupa, która przez kilka lat była mieszkaniem najwybitniejszego polskiego kompozytora XX wieku. I ta atmosfera, którą przechowały jej ściany. Początkowo koncepcja modernizacyjna rzeczywiście była nieco przerażająca, bo wyglądało na to, że w trzech pokojach parteru pozostaną puste ściany, zabudowane całymi studiami telewizyjnymi. Na szczęście, w toku dyskusji, przy sporym udziale prasy, wycofano się z tego pomysłu.
A jak wygląda obecny projekt modernizacyjny?
O ile wiem, w tej chwili obowiązuje koncepcja, w myśl której monitory znajdą się tylko w pokoju „życiorysowym”, pokój koncertowy zostanie przekształcony w salon, w dawnej jadalni jeden monitor będzie pokazywał tematy związane z „Harnasiami”, a pracownia Szymanowskiego pozostanie bez zmiany. Ma być również zainstalowana aparatura, pozwalająca na transmisję muzyki, wykonywanej w salonie do pozostałych pomieszczeń, a nawet – latem – na zewnątrz. Ogrodu nie da się zrekonstruować w stylu z epoki, choćby dlatego, że miejsce dawnego klombu zajęły pokaźne drzewa – samosiejki, których nie można wyciąć, a droga dojazdowa stała się wyłączną własnością sąsiadów, tak więc dorożki już nią pod „Atmę” nie podjadą. Ładne oświetlenie zewnętrzne i wejście dla niepełnosprawnych to bezdyskusyjnie zmiany niezbędne, podobnie jak to, o czym dziennikarze nie piszą, a co dla funkcjonowania placówki ma kapitalne znaczenie: wymiana instalacji elektrycznej i alarmowej, ocieplenie, wymiana podłóg i licowania ścian.
Po 36 latach przestałeś być kustoszem w „Atmie”. Nie pasujesz do jej nowego wizerunku, do funkcji, które „Atma” ma wypełniać po modernizacji?
Nie mnie to oceniać. Wiem tylko, że kiedy zaproszono mnie do pracy w przygotowywaniu projektu tych zmian, jako zastępcę koordynatora „Muzyki pod Tatrami”, dyrekcja nie uświadomiła mi tego, że szykując zmiany w „Atmie” wyciągam sobie osobiście krzesło spod tyłka. A co do mojego wizerunku w kontekście modernizacji, no cóż, nawet funkcja, jaką pełnię to „starszy kustosz dyplomowany”, więc może rzeczywiście jako stary facet nie pasuję do „Nowej Atmy”, jak się teraz nazywa to, co ma powstać po remoncie. Tak zdaje się oceniają ci, co mnie właśnie z pracy zwalniają. Może i słusznie - umrzeć za biurkiem kustosza to kiepski pomysł…
„Atma” to wprawdzie bardzo ważna część twego życia zawodowego, ale jest jeszcze pisanie, równie ważne, może nawet ważniejsze. Będziesz miał teraz dużo czasu na twórczość literacką. Planujesz coś nowego – przewodnik, powieść, a może kryminał?
Uzupełnię to jeszcze o moją też ważną funkcję pedagogiczną: w zakopiańskiej Szkole Artystycznej uczę literatury i wiedzy o regionie. A co się tyczy planów wydawniczych – powinno już niedługo się ukazać zarówno coś z beletrystyki, jak i literatury popularnonaukowej. Mówisz o kryminale… No cóż, motywów kilka by się znalazło na miejscu… Może to i ciekawy pomysł?
Jesteś autorem licznych, tematycznie bardzo zróżnicowanych przewodników, wydawanych tradycyjnie. Jak widzisz przyszłość wydawnictw papierowych, biorąc pod uwagę możliwości internetu w tym zakresie? Wpisuję w Google hasło „Zakopane” i wali się na mnie lawina informacji, mniej lub bardziej rzetelnych.
Łatwość publikacji, szczególnie sieciowych, jest rzeczywiście przerażająca, nikt nie dba ani o rzetelność, ani o estetykę, ale przypuszczam – patrząc na sprawę z innej strony – że prawdziwie rzetelnych informacji niewiele osób potrzebuje. Jeśli jest prawdą – a trudno nie wierzyć, patrząc na to, z czym mamy do czynienia – że zdolność percepcji współczesnego czytelnika nie przekracza objętości dwóch odsłon ekranów komputerowych, to w zasadzie w sieci nie znajdę swoich czytelników.
Jednak uparcie wierzę w to, że dobrze napisany i ładnie wydany przewodni, jako przydatny gadżet znajdzie odbiorców i będzie dla ludzi użyteczny. Inna sprawa, czy powinien to być przewodnik papierowy, czy multimedialny, w postaci aplikacji do tableta czy telefonu. Tego może nie rozstrzygnę dziś, sądzę że taka oferta powinna być alternatywna. Jako facet, który sporo wędruje po świecie w rozmaitych warunkach uważam, że przewodnik książkowy ma tę zaletę, iż nie wyczerpują się mu baterie i można z niego korzystać nawet w pełnym słońcu prowansalskiej plaży… Albo rozbijając biwak w środku Sahary… A jeśli wpadnie do basenu w hotelu Al Moggar w Agadirze, to też mu się nic nie stanie.
Zmieńmy nieco temat. Rozmawiamy w styczniu, śniegu i mrozu na lekarstwo, wygląda na to, że bezpowrotnie tracimy miano „zimowej stolicy Polski”. Co w zamian?
Nie przypuszczam, żeby kiedykolwiek istniała potrzeba poszukiwania jakiejkolwiek alternatywy tego typu. Zimową stolicą Polski nazwano Zakopane po raz pierwszy dopiero w 1914 roku, a nasze obserwacje tej funkcji wskazują, że i wtedy, i teraz było to sformułowanie mocno na wyrost. Jakoś tak dziennikarze uparcie zapominają o tym, że spośród 3,5 miliona turystów, odwiedzających rocznie Zakopane, przeszło trzy czwarte przybywa tu latem, a głównym magnesem były i są Tatry. Nie narty. Co więcej – Zakopane wciąż żywi się swoim własnym mitem – mitem miejscowości artystycznej, czy może artystowskiej, której specyfiką nie są złe czy gorsze trasy narciarskie, zatłoczone parkingi czy fatalna komunikacja – ale atmosfera niezwykłości, pewnej egzotyki, w której w zadziwiającej symbiozie żyje wciąż kultura ludowa z wysoko profesjonalną twórczością artystyczną. Ta ostatnia wcale nie musi wymachiwać sztandarem inspiracji ludowych czy tatrzańskich, wystarczy, że jest.
Dla mnie takim symbolem była osobowość i twórczość Tadeusza Brzozowskiego i Władysława Hasiora, czy – z drugiej strony – Krzysztofa Trebuni-Tutki. Promocja Zakopanego powinna zatem przede wszystkim nie narzucać żadnych wymyślonych za biurkiem koncepcji. Czy ktoś kiedykolwiek mógł zaplanować jeszcze kilkanaście lat temu, że jedną z największych imprez przyciągających ludzi do Zakopanego będzie Puchar Świata w Skokach Narciarskich, rozsławiony przez jednego chudego faseta z wąsami, zresztą nie pochodzącego z Zakopanego, tylko z Wisły?
Dawne Zakopane, tak pieczołowicie ukazane w albumie „Przedwojenne Tatry, Zakopane i Podhale. Najpiękniejsze fotografie” budzi tęsknotę za czasami, w których „Pępek świata” żył nartami, brydżem, ale też wydarzeniami kulturalnymi, tworzącymi wyjątkowy, niepowtarzalny klimat miasta. Coś z tego klimatu przetrwało?
Przetrwało zadziwiająco wiele, ale ginie w statystyce. Gdy z końcem XIX wieku, po uruchomieniu linii kolejowej do Zakopanego, liczba turystów przekroczyła 3000 osób rocznie, to była wśród nich cała polska elita artystyczna, licząca około 300 osób. A więc co dziesiaty mijany na Krupówkach bywalec to był Karłowicz, Sienkiewicz, Modrzejewska, Tetmajer… W końcu lat międzywojennych było to już 30 tysięcy osób, a więc co setny gość Zakopanego, to był Szymanowski, Witkacy, Boy-Żeleński, Malczewski… Dziś jest ponad 3 miliony, a wszyscy wielcy współczesnej Polski raczej unikają publicznego pokazywania się na Krupówkach, choć rzecz jasna nadal w Zakopanem bywają. Wydarzeń kulturalnych jest mnóstwo, a dla mnie charakterystycznym przykładem jest działalność Tatrzańskiej Orkiestry Klimatycznej i Teatru Witkacego – obu tego typu trwałych instytucji na próżno byłoby szukać we wcześniejszej historii Zakopanego, choć od XIX wieku próbowano je tworzyć.
Tak więc nie tylko kontynuujemy pod Giewontem dawne tradycje, które ukształtowały mit Zakopanego, ale i twórczo je rozwijamy. Kłopot w tym, że w powodzi zalewających Zakopane tłumów nie jest – statystycznie - zbyt wiele osób, które takich tradycji potrzebują. I o wykreowanie takich potrzeb, takich pozytywnych snobizmów, będzie trzeba dbać w dalszym ciągu. Kiedy zaczynałem pracę w „Atmie” 36 lat temu, na taki pozytywny snobizm zakopiańczyków i ich gości postawiłem. I udało się – elitarny Szymanowski stał się najlepszym zakopiańskim towarem eksportowym w dziedzinie kultury. Dziś po prostu trzeba iść dalej w tym kierunku.
Artykuł powiązany:
Muzeum Karola Szymanowskiego w Willi Atma